Seks, narkotyki i rock’n’roll, czyli jak wyglądało moje życie „na bekstejdżu”

6

Od zawsze uważam, że ludzie dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy marzą o przeżyciu dnia jak gwiazda rocka i tych, którzy mieli tę okazję. Ja lubię spełniać swoje marzenia, dlatego udało mi się znaleźć w tej drugiej grupie – spędziłam noc w tourbusie, leciałam prywatnym lotem z popularnym gwiazdorem na jego koncert, stałam na scenie przed półmilionową publicznością i wiem, jak wygląda demolka hotelu z rockstarem w roli głównej. Zanim zbiorę się na odwagę i napiszę o tym książkę, zdradzę Wam kilka sekretów. Kiedy patrzę na siebie sprzed 10 lat i przypominam sobie, co wtedy miałam w głowie, wydaje mi się, a właściwie to jestem pewna, że miałam dużo szczęścia. I mega liberalnych rodziców.

Nie mam jeszcze swoich dzieci, ale gdybym je miała, spędziłabym kilka nocy na zastanawianiu się, czy wypuścić 16-latkę na rockowy koncert do Berlina. Z młodszą koleżanką. W czerwonych pończochach. Bez spodni na tyłku. Z dźwięczącym w uszach: „mamo, ale w sumie to ja nie wiem, kiedy wrócę”. Dozgonnie będę podziwiać rodziców za to, że dali mi taki kredyt zaufania (choć nie wiem, czy nie była to zwykła naiwność) i pozwolili wtedy wyjechać. Tamten wyjazd zaowocował trzema nowymi miłościami: do Kreuzberga, nieśmiałego, wytatuowanego muzyka i wolności. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam tylu nowych wrażeń na raz, chyba nawet wyjście z łona matki było mniej ekstatyczne.

Z koncertu pamiętam niewiele, może poza charakterystycznym zapachem berlińskiego klubu, który do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych, choć to mieszanka potu i nikotyny. Po powrocie do Polski nic już nie było takie samo, a chęć życia w taki sposób na co dzień była silniejsza niż wszystko inne.

I tak oto zaczęła się jedna z najfajniejszych przygód w moim życiu. Nauczyłam się, jak podrywać muzyków, jak dostać się za kulisy i do vip roomu, jak imponować ludziom z branży wiedzą nie mając nawet pojęcia, czym różni się ibanez od Fendera i – co było najtrudniejsze – jak obcować z trudnymi osobowościami powszechnie nazywanymi „gwiazdami rocka”.

Lekcja nr 1

Festiwal Rock Am Ring, 2009 rok. Na tamten bekstejdż dostałam się dzięki siostrze, wprawionej już wtedy w rock’n’rollowym życiu. Dzięki niej znalazłam się na scenie razem z moim ulubionym zespołem. Każdy, kto stał na scenie na takim festiwalu wie, że dźwięk ssie i generalnie sto razy lepiej jest męczyć się w wielotysięcznym tłumie wśród spoconych gości, niż stać za Mashallem w jakiejś totalnej kakofonii i potykać się o kable. Ale w takich chwilach, kiedy stoisz tuż obok swojego idola, zapominasz o doznaniach dźwiękowych, a mówiąc wprost – masz w dupie to, czy coś słyszysz, czy nie. Ważne, że tam stoisz. Z laminowanym AAA* na piersi. No i że zaraz trafisz do tego samego pokoju, co twoi idole.

Faktycznie, po koncercie Slipknot udało mi się znaleźć w jakiejś lichej stołówce, w której jedli muzycy. No bo trzeba Wam wiedzieć, że bekstejdż praktycznie zawsze wygląda tak samo. Luksusu nie ma. Te wszystkie mity o złotych miskach i seksownych hostessach sprawdzają się naprawdę rzadko, generalnie na bekstejdżu bardzo często jest po prostu nudno. I śmierdzi, no bo przecież po dwugodzinnym secie żaden muzyk nie pachnie Tomem Fordem. Catering też pozostawia wiele do życzenia, a kible bynajmniej nie są porcelanowe.

Lekcja nr 2

Na tym samym festiwalu i tym samym bekstejdżu doznałam ciosu wprost w moje nastoletnie serce. Gdy jeden z idoli wyszedł z namiotu, by przywitać się ze mną i moją siostrą (i, rzecz jasna, zerknąć, czy jest na kim zawiesić oko), a ja trzęsącymi się rękami wręczałam mu polską flagę, ten – co pamiętam dziś jak obraz w slow motion – wypalił: ALE JESTEŚ SEXY! Nie do mnie. Do siostry.

Oczywiście do dzisiaj nie mogę jej tego wybaczyć, choć bogu ducha winna próbowała obrócić sytuację w żart, zwłaszcza, że po trzech nocach w namiocie przy niemal minusowej temperaturze (W Nurnberg w czerwcu jest zazwyczaj dosyć zimno) faktycznie nie wyglądałam kwitnąco. Pomijając fakt, że jako 19-latka byłam po prostu brzydalem.

To wtedy zadecydowałam o przefarbowaniu włosów na blond i – you know what? – to była najlepsza decyzja w życiu ;))) Jakkolwiek zdaję sobie sprawę z oburzenia zagorzałych feministek, które teraz może to czytają – jestem niezwykle szczęśliwa, że stosunkowo szybko pojęłam, że chcę być sexy i zrozumiałam, co robić, by tak się czuć i tym samym tak być postrzeganą. I mam nadzieję, że wątek o przefarbowaniu włosów nie będzie przez Was odebrany zbyt dosłownie. Odkrywanie swojej kobiecości ma przecież różne wymiary. Dzięki temu nie starzeję się jako sfrustrowana i zakompleksiona baba. Amen.

Lekcja nr 3

Niedługo po tamtym zdarzeniu szybko zaczęłam nawiązywać kolejne kontakty w świecie rock’n’rolla. i zrozumiałam pewną ważną prawidłowość – nie lekceważ pozornie „mało ważnych” ludzi w tej branży. Wielokrotnie okazało się, że chłopak z merchu** albo techniczny są w stanie sprzedać Ci cenną wiedzę podczas zwykłego „small talku” albo po prostu poznać Cię z Twoim idolem. Na swojej drodze poznałam wiele takich osób – z niektórymi do dziś pozostaję w kontakcie – a i warto Wam wiedzieć, że często ich przygody z życia w trasie są dużo ciekawsze niż samych muzyków – ci naprawdę bywają nudni 😉

Lekcja nr 4

Pierwsze wejście do tourbusa było dla mnie jak wejście katolika do jego świątyni. Z tą różnicą, że zamiast wody święconej spodziewałam się barku pełnego Jacka Danielsa, a w miejsce komunii świętej – porozsadzanych po kątach muzyków wciągających koks. No cóż, więcej koksu widziałam na niektórych domówkach niż w busach, a ci po 35. roku życia zamiast Jacka wolą wodę i owoce. Tak, dobrze myślicie – byłam cholernie rozczarowana.

Teraz będzie trochę bezpośrednio, więc co wrażliwsi i dzieci – proszę o wyjście na soczek.
Dziewczyny, złota rada od cioci Sandry: Nie musicie od razu chodzić do łózka ( a raczej do pryczy, jeśli już jesteście w tym busie) z Waszymi idolami. Choć sytuacja bywa kusząca. Oczywiście jest to super przygoda (przy zachowaniu podstaw ostrożności, ale nie jest to blog prowadzony w zakresie edukacji seksualnej, więc daruję sobie pogadanki), ale – jak powiedziała jedna z najbardziej znanych groupie na świecie, Pamela Des Barres:
„Ja i ci wszyscy muzycy najwięcej mieliśmy sobie do zaoferowania mentalnie i emocjonalnie. Chciałam być ich muzą i nią byłam”.

A poza tym – tam jest po prostu naprawdę niewygodnie 😉

Lekcja nr 5

Jan Borysewicz to polski Keith Richards i Ozzy Osbourne w jednym. Moja znajomość z Jankiem, bardzo intensywna swego czasu i nosząca znamiona przyjaźni, nauczyła mnie więcej niż wszystkie przygody z amerykańskimi muzykami razem wzięte. Janek jest uosobieniem rock’n’rolla i ma niełatwą osobowość, ale jeśli szukacie polskiej wykładni prawdziwego rock’n’rolla, bezkompromisowości i jazdy bez trzymanki w jednym to był to Jan. Piszę „był”, bo choć dzisiaj kontakt nam się urwał, wiem, że prowadzi on nieco spokojniejszy tryb życia. Ale muszę przyznać, że jestem szczęściarą, która poznała go w jego jeszcze imprezowym czasie, choć niektóre nasze spotkania bywały dosyć traumatyczne 😉

Znajomość z Jankiem ale też z kilkoma innymi muzykami utwierdziła mnie w jednej, najważniejszej lekcji ze wszystkich, które dało mi moje „życie na bekstejdżu”. Rock’n’roll tkwi przede wszystkim w tym, co Amerykanie nazwaliby „attitude”. Nasz język trochę niezręcznie tłumaczy to słowo, więc po krótce wytłumaczę to moimi słowami.
W rock’n’rollu liczy się, jak wyglądasz, co potrafisz i wiesz. To, jak imprezujesz, z kim sypiasz i jakie masz poglądy też bywa interesujące. Ale tym, co sprawia, że nosisz go w duszy jest coś w rodzaju niewidzialnego środkowego palca wystawionego do malkontentów, hejterów, wrogów. Widziałam gwiazdorów, którzy wyrzucali telewizor przez okno po tym, jak wciągnęli połowę swojego majątku do nosa,  ale też rock’n’rollowców pasjami zamawiających przez internet sweterki Prady po koncercie zamiast na potęgę grzmocących się w busie. I takich, którzy nie mają śmiałości nawet poprosić Cię o numer telefonu, a co dopiero uprawiać orgie w hotelu. A mimo to samo przebywanie w ich obecności sprawiało, że byłam najbliżej esencji rock’n’rolla jak tylko mogłam być.

*Access All Area – przepustka upoważniająca do poruszania się po całej przestrzeni festiwalu czy koncertu, zazwyczaj przyznawana tylko członkom ekipy artystów i maangementowi.

**Merchandiser – pracownik zajmujący się sprzedażą akcesoriów związanych z artystą

6 KOMENTARZE

  1. Sandra, pisz tę książkę, bo moj apetyt oszalał! poczucie humoru + lekkie pióro – sa bezcenne i Ty to masz. Nie krygujesz się i walisz prosto z mostu z ogromnym wdziękiem. Tylko Ty tak potrafisz. I domyslam się, że w szklance na filmiku nie było martini bo pewnie był Jack Daniels 😛 Love!

    • Małgosiu, nie był to niestety Jack, ale jeśli się do mnie zgłosi, będę niewątpliwie najlepszą jego ambasadorką w Polsce 😀 Dziękuję za wsparcie!

  2. niesamowite! ten blog ma jak najbardziej sens, takiego czegoś mi trzeba było w czasach zalewu miałkiej muzyki i taniego blichtru. : ) Rock’n’roll! \m/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here