„Problem beki”, czyli co jeszcze musi się wydarzyć, żebyście przejrzeli na oczy

2

Jest taki chłopak, w sieci ma pseudonim Lord Kruszwil. Nagrywa filmiki, jak gro dzisiejszych „twórców internetowych” – „dla beki”. Nurtuje mnie, jaka jest definicja tej „beki”; to obok „dzbana” i kilku innych modnych dzisiaj słów pojęcie, które nie tylko brzmi brzydko, ale też jest niebezpiecznie pojemne. De facto jak bardzo głęboka beka. Albo dzban.

Potęga Twojego kliku

Wspomniany Lord Kruszwil zrobił w sieci furorę – miliony subskrybcji, setki milionów odtworzeń. Marzenie każdego twórcy internetowego, ba, każdego portalu. Te zachodzą w głowę, jak przyciągnąć i zatrzymać u siebie użytkownika, a sztuka ta to wyjątkowo trudne tango.

Trudne dla tych, którzy mają jeszcze jakiś moralny kręgosłup – o, to trudne i dziwne sformułowanie dziś, rzadko używane. Częściej i chętniej za to mówi się o „bece”. I co ciekawe, o bece mówiąc nie tylko nastolatki. Dorośli też lubią sobie coś dla „beki” obejrzeć. Co to jest ta beka, u licha?

Po wpisaniu w google wyskakuje mi jakaś nadmorska wioska, a chwilę później swojskie „ch*j ci w d*pę” i już wiem, że ten rekord będzie bliższy intencji mojego wyszukiwania. Z pomocą przychodzi mi słownik slangu i mowy potocznej, narzędzie powstałe ewidentnie z zapotrzebowania. A zatem:

„Beka, czyli „coś śmiesznego”, ubaw, zabawa. Wyraz określający rozbawienie, bądź też zaskoczenie”.

Zaskoczenie, to jest właśnie to słowo. Ja na przykład nadal jestem bardzo zaskoczona, że ludzie chcą oglądać, jak 10-letni chłopiec łapie za tyłek modelkę i krzyczy coś o lizaniu. Albo wpłacać hajs na tanie wino dla patoinfluencerów za to, że – a niech już będzie tak młodzieżowo – naparzają się przed kamerą.

Ok, czyli mamy to. Zaskoczenie – tu by się wszystko zgadzało. Gorzej z tym rozbawieniem.
Kiedy pytam znajomych, po co odpalają w sieci filmy typu „zrobię loda za subksrybcję” albo   „jak poderwać laskę na Rolexa”, to słyszę tę magiczną odpowiedź: „dla beki”. Zachodzę w głowę zatem, czym jest ta beka i mam prawdziwą alergię na to słowo. Bo ono ma moc, z której wiele osób nie zdaje sobie sprawy.

Idiociejemy na własne życzenie

Poczucia humoru możemy mieć oczywiście różne, tak jak różny mamy gust muzyczny, filmowy czy styl noszenia się. Jasna sprawa. Ale czułość na zagrożenie i granicę, za którą jest już tylko dno i muł powinniśmy mieć wszyscy podobne. 

Jako pracownik dużego showbiznesowego portalu wiem, że dzisiaj wszystko musi się klikać. I, niestety, zazwyczaj to, co się klika, to nie jest najnowszy performance Mariny Abramovic czy nawet koncert Rolling Stonesów. Bardzo często czytam komentarze skierowane do dziennikarzy w stylu: „przestańcie pisać o…”, „dlaczego promujecie ludzi, których jedynym osiągnieciem jest sława”. No właśnie. To Wy ich promujecie. Potęgą swojego kliku, mocą swojej „beki”. Media dziś działają na użytek i życzenie ich odbiorców, dajemy Wam to, czego chcecie, żyjemy dziś nie – jak przewidywano – w wielkim Matrixie, ale globalnym Netflixie. I to Wy tworzycie tu playlistę. 

Czyż wciskanie ludziom na siłę treści, które JA uważam za wartościowe i fajne nie jest zwykłym egoizmem? A więc to WAM oddajemy wybór. Dysponujcie nim mądrze.

(Scroll) down… for what?

Każdy patologiczny youtuber, każdy głupi filmik, każde „zdjęcie dupy i cycków”, staje się popularne i ostatecznie zarabia, bo TY W TO KLIKASZ. Nie ma w tym większej filozofii. Wiem, pokusa jest duża, zawsze ktoś chce pokazać znajomym na imprezie ten „hitowy filmik, jak koleś x wsadził sobie butelkę w dupę”, tak dla beki. No, wiadomo, u nas „dla beki” niektórzy ludzie poszli głosować w wyborach no i mamy, co mamy. Zdjęcia dupy i cycków generalnie są spoko, ale kiedy dziewczyna znana tylko z takich zdjęć staje się sławna oburzasz się – słusznie – że media promują treści bez wartości. A no promują, bo na tym zarabiają, a ty przypomnij sobie, co ostatnio lajkowałeś na insta. Bo podejrzewam, że nie był to post o konstruowaniu ratującej życie ludzkie maszyny czy fotka Twojej koleżanki z dyplomem doktoranckim. Prawda?

Niewinne lajkowanie niewinnym lajkowaniem, ale jeszcze nie to jest źródłem zła wszelkiego. Przeglądanie feedu przez pół dnia w celu znalezienia niczego (bo przecież nie robimy tego po coś) powoduje, że na wartościowe treści zwyczajnie nie mamy już ani czasu, ani ochoty. Skutkiem czego przestaje chcieć nam się… myśleć. I sami sobie fundujemy dziczenie. Wydaje nam się, że jesteśmy ultranowocześni, ale nie ma postępu bez myślenia i prędzej czy później boleśnie się o tym przekonamy. Chrzanić moją dziennikarską kastę, ostatecznie przecież zawsze możemy się przebranżowić, a at the end of a day i tak ewolucja zafunduje nam trzecią rękę do nagrywania filmików i robienia selfie, wiec spoko, damy radę. Gorzej, jeśli przyjąć, że w tym małym okienku każdy może być gwiazdą, jeśli tylko uzbiera odpowiednią ilość klików. Oczywiście tych „dla beki”.

2 KOMENTARZE

  1. Zgadzam się. Ale nie wytłumaczysz niektórym, żeby przestali klikać w rzeczy, które ich ‚wkurwiają’ albo właśnie są tak głupie, że aż ‚dla beki’ zobaczę. Warsaw Shore leci 11 sezon… pamiętam jak zaczynał się pierwszy, wielu blogerów pisało o zjawisku, ludzie komentowali – każdy oglądał ‚tylko dla beki’.

    I przy okazji; świetny blog – nie myślałaś może o zainstalowaniu disqusa do komentarzy? Pewnie więcej osób by tu pisało. I może powstałaby jakaś fajna społeczność.

    Pozdrawiam, Dei 😉

    • Hej, dzięki 🙂 z Warsaw Shore mam trochę inaczej, bo to program po 23, z pewną konwencją, oczywiście, ze patologiczny, ale jednak stanowi odzwierciedlenie jakiejś realnej grupy społecznej. Dorośli ludzie, którzy robią to, co robią na własne życzenie. Ale dzieciaki nagrywające dzieciaki dla dzieciaków, żeby pośmiać się np z obmacywania starszej koleżanki to już realne zagrożenie.
      Pomyśle o Twojej radzie tak btw, pozdrawiam ! ?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here