Post, w którym przyznaję to, czego bardzo nie chciałam przyznać

4

Siedzimy z Kitkiem przed tv, uświadamiamy sobie, że leci film, który przed laty (!) oglądaliśmy w kinie razem. Ok, jesteśmy już starzy, to mamy ustalone. W czasie reklam promocja płyty super znanej polskiej modelki, która gdzieś po drodze została tzw. piosenkarką. Twarz poznajemy, głosu już nie. Ale spoko, rynek jest podobno pojemny.

 

Kitek scrolluje telefon, patrzy, a tu koncert Johna Corabiego. W Polsce. Dziś! W… klubie studenckim. Jakimś cudem nic o tym nie wiedzieliśmy, sprawdzam, kto jest organizatorem, gdzie i jaka była promocja. Nie było żadnej. Podnoszę wzrok, a tam dalej ta modelka.

Zastanawiam się, kiedy to się wszystko wywróciło do góry nogami i co ja wtedy robiłam.

 

 

John Corabi to były wokalista m.in. Motley Crue, który przez chwilę zastępował w tej roli Vince’a Neila i robił to lepiej, ale jak to często bywa, w życiu niekoniecznie lepsi mają lepiej.

 

Corabi dziś ma zespół o nazwie Dead Daisies, z którym jeździ po świecie i grywa głównie dla starych fanów rocka. Poświęcę mu tylko te dwie linijki, bo oczyma wyobraźni widzę, jak spada mi czytelność tego posta.

 

No dobra, dajcie jeszcze dorzucić, że Corabi to naprawdę zdolny i ceniony muzyk, który ma przeje*ane jak wielu innych, bo nie dostosował się do dzisiejszych wymogów. Po drugiej stronie muzycznego bieguna są zespoły takie jak Bring Me The Horizon, które dostosowują się wzorowo i jednocześnie zbierają za to cięgi.

 

Jeśli jeszcze nie słyszeliście „amo”, nowej płyty BMTH, to – o ile znacie wcześniejsze dokonania tego zespołu – wyjścia macie dwa: albo BARDZO otworzyć się na nowe, albo uciekać, gdzie pieprz rośnie i zostać z dobrymi wspomnieniami z przeszłości.

 

Olly Sykes i spółka postawili na eksperyment i zrobili płytę popową. Nie brzmi zaskakująco jak na dzisiejsze czasy? Przypomnę, że zespół jest gigantem w świecie współczesnego rocka, ma setki milionów wyświetleń w YouTube i znany jest z raczej nielekkiego brzmienia.
Podoba mi się, jak ta płyta Was polaryzuje. Rozumiem, jeśli ją odrzucacie, macie pełne prawo do hejtowania jej, ale mam prośbę: posłuchajcie jej jeszcze jeden raz. Jestem prawie pewien, że Wasze odczucia się zmienią.
Tak promuje nowe wydawnictwo wokalista. Hmm, ja dałam „amo” drugą i nawet trzecią szansę, choć po pierwszym odsłuchu przeżyłam szok nie ze względu na elektroniczne beaty, na które jest we mnie dużo miejsca i zgody. Po prostu wiem, że najciekawsze płyty to te, które „wchodzą” za drugim razem. Jak było w tym wypadku?

 

 

Kitek twierdzi, że to zespół w okresie transformacji, że to eksperyment i tak należy tę płytę traktować. Kitek jest starszy i ma więcej dystansu i (no dobra, powiem to) wiedzy ode mnie. I może ma rację, może to eksperyment, Kitek zauważa też, że to po prostu sprytny zabieg marketingowy, żeby przyciągnąć młodych, którym obojętne jest, jaką muzykę wykonuje ich idol. Ważne, że fajnie wygląda. I że to strzał w dziesiątkę.

Odpalam ostatni występ live zespołu, bo nie umiem sobie wyobrazić, jak metalcore’owy zespół nagle gra koncert popowo-elektroniczny. Włączam, jest tak jak myślałam – grają głównie stare, mocne numery, poprzetykane elektronicznymi wstawkami, cieszą się i małolaty i starsi fani, wszystko się zgadza.
Przy okazji: kilka dni temu ogłoszono kandydatów do tegorocznych Fryderyków, kategoria: muzyka metalowa – trzy nominacje. Oczywiście z Behemothem na czele, więc chyba wszystko mamy jasne. Nie ma nawet kogo nominować. Składam w całość te wszystkie wątki, które tu poruszyłam i trudno mieć wątpliwości oraz zakłamywać rzeczywistość. To nie są czasy dla rock’n’rolla.

 

Włączam jeszcze raz to nieszczęsne „amo”, podobają mi się już trzy utwory. Jeszcze nie wiem, czy widzę tu bardziej „ewolucję” czy marketing, ale wiem na pewno, że i tak wieczorem wrócę do Corabiego. Czy ktoś wróci do „amo” za 20 lat i czy to w ogóle ma jeszcze jakieś znaczenie?

4 KOMENTARZE

  1. Smutna prawda, wśród moich znajomych nie uswiadcze NIKOGO kto nie ma mylnego przekonania, że rock czy metal to tylko „darcie mordy”, czasami mówiąc o upodobaniach muzycznych odnoszę wrażenie jakby mój rozmówca patrzył na mnie jak na jakis wymarły dawno gatunek, swoją drogą myślę, że idealnym przykładem zespołu, który od pierwotnie granej muzyki mocno odszedł jest 30 seconds to Mars

    • Pozostaje nam wierzyć, ze jednak nie wymieramy! A co do 30STM – to faktycznie odejście od pierwotnych założeń, przy czym nie aż TAK stanowcze no i dla mnie Leto jako gwiazda rocka to jednak odtwórca kolejnej roli. No i nie ma niczego złego od zmian nawet najbardziej radykalnych o ile są dobre! Buziak!

  2. To nie są czasy dla rock’n’rolla. Jako trzydziestolatek (no dobra… prawie 32 latek…;) stwierdzam, że między mną a znajomymi o 5 lat młodszymi jest przepaść epokowa. Kiedy mówię, że słucham Deep Purple etc., to bez pomocy wujaszka Google nie wiedzieliby kto to. A to tylko 5 lat różnicy! Smutne ale prawdziwe. Z drugiej strony znam też 20-latka, który jest fanem rocka, metalu i gra na gitarze wszystkie te kultowe dla nas numery. Cała nadzieja w jemu podobnych juniorach.
    p.s. Ten blog to moje niedawne odkrycie. Podobał mi się wywiad z Brentem Smithem. Pozdrawiam 🙂

    • Podzielam tę refleksję i wlasnie z nadzieja na takich ludzi powstał ten blog. Super, ze udało Ci się tu trafić! Zapraszam częściej! 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here