Obejrzałam „The Dirt” Netflixa. Co nas nie zabije, to…

0
screen Netflix

Ustalmy na początku jedno. Ten film powstał, bo panowie z Mötley Crüe bardzo tego chcieli. Tak bardzo, że dziś głównie sami i za pośrednictwem swoich żon promują go w mediach społecznościowych.

Promocja przez… wyparcie

Mam wrażenie, że chyba sam Netflix trochę wstydzi się tego filmu. Pozycja nie wyskoczyła mi nawet w „polecanych”, choć pasuje (przynajmniej teoretycznie) do moich preferencji no i przede wszystkim jest przecież NOWOŚCIĄ. Tymczasem moje konto nie podsunęło mi tego pomysłu na spędzenie piątkowego wieczoru, ale być może to magia sztucznej inteligencji i mój netflixowy profil jest już tak mądry, że po prostu chciał oszczędzić mi cierpienia. 

Faktycznie, film jest wiernym odwzorowaniem książki, na bazie której powstał. Tak wiernym, że właściwie nie można liczyć na większą inwencję twórców. Szkoda w takim układzie, że nie zdecydowano się na ekranizację biografii samego Nikkiego SixxaThe Heroin Diaries, bo studium upadku gwiazdora uzależnionego od heroiny można byłoby chociaż osadzić w jednym, określonym klimacie, tymczasem twórcy „The Dirt” nie mogli się zdecydować, czy do biografii zespołu podchodzą z jackassowym poczuciem humoru czy z epickością na miarę „Bohemian Rhapsody”. W sumie to jest nawet do obrony – taki też jest Mötley Crüe – trochę impreza, trochę teatr. Gorzej już z wytłumaczeniem doboru obsady – aktorzy nie są ani podobni do „oryginałów” (poza aktorką wcielającą się w Heather Locklear), ani specjalnie utalentowani. Największym „kunsztem” wykazał się tak naprawdę Daniel Webber grający Vince’a Neila. Szkoda tylko, że w „kryzysowej” fazie kariery zespołu wygląda bardziej jak Kurt Cobain…

Ikony nie do podrobienia?

Największą porażką tego filmu są jednak dla mnie Machine Gun Kelly wcielający się w Tommy’ego Lee i Douglas Booth jako Nikki Sixx. Podczas gdy MGK, choć drewniany, momentami przypomina „żylastego” Tommy’ego chociażby w ruchach i gestach, ugrzeczniony Booth jest tak podobny do Nikkiego jak ja do Cindy Crawford. Żeby było jasne – NIE JESTEM SPECJALISTKĄ OD KINEMATOGRAFII, nigdy się za nią nie uważałam, moja opinia jest więc subiektywna i może być dla wielu z Was mało merytoryczna. Ale jeśli jesteście fanami tej kapeli, znacie charyzmatyczne postaci Tommy’ego i Nikkiego i widzieliście już ten film to jestem pewna, że przyznacie mi rację.

Fani Mötley Crüe już zwracają uwagę na to, że w filmie zabrakło miejsca dla Pameli Anderson, której związek z Lee był – delikatnie mówiąc – nie bez znaczenia dla jego kariery. Oskarżenia o przemoc fizyczną wobec byłej żony Tommy’ego naznaczyły muzyka na długi czas i wysłały do więzienia. O tym, co zapoczątkowałą słynna seks taśma już nawet nie wspominając. Na Instagramie zespół tłumaczy brak Pameli „ograniczeniem czasowym” i argumentem zbijającym każdy inny, który brzmi: „To przecież tylko film”.
Problem z agresją Tommy’ego został jednak w filmie dostrzeżony. Trzeba przyznać, że scena, w której dziewczyna perkusisty wyzywa jego matkę i wbija mu długopis w plecy, a ten w odwecie daje jej w twarz spokojnie mógłby powalczyć o złotą malinę.

 

Nie rozumiem żartu

Najgorsze jest to, że „The Dirt” tylko potęguje stereotyp mało rozgarniętych glam rockowców. Pokazuje Toma Zutauta, który jednak nie mógł być skończonym idiotą, skoro udało mu się wypromować największe amerykańskie zespoły rockowe, jako „zakochanego” w motleyach chłoptasia. Ale może to dlatego, że gra go Pete Davidson. Tu nawet nikt nie starał się, żeby kopia była podobna do pierwowzoru, jednak wnioskując po silnej zażyłości między Tommym a Petem, może to po prostu koleżeński układ.

 

Pomijam już cały szereg wtop: nawet nie znając historii zespołu ma się wrażenie, że film robiony jest po łebkach. Podczas scen koncertów ”Vince” nawet nie próbował zsynchronizować „śpiewu” z plejbekiem tak, by chociaż wyglądało to naturalnie.

 

Można by uznać, że brzmię jak smutny diehard, któremu nie pokrywa się chronologia wydarzeń, któremu „brakuje kluczowych elementów” i który narzeka, że millenialsi nie potrafią wiernie oddać charakterów zbuntowanych gówniarzy z lat 80. Ale, do ku*wy nędzy, czy oni chociaż nie mogli być podobni???

 

Z całej tej historii płynie jednak morał. Chyba nieco „przy okazji” jeszcze bardziej doceniam oscarowego Ramiego Maleka za rolę Freddiego Mercurego. Mierni Machine Gun Kelly i Douglas Booth tylko uwypuklają jego talent.

Zobacz zwiastun tutaj

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here