O hejcie i o tym, dlaczego mylnie nazywamy dzisiejsze czasy próżnymi

0

Jestem bardzo próżna. Egocentryczna, pozbawiona kompleksów, mająca poczucie własnej wartości i pewna siebie. Nie nienawidzę nikogo, bo jestem po prostu za bardzo skupiona na sobie. Na szczęście.

 

Moją dewizą życiową od kilku lat jest zasada: miej w sobie po równo: pewności siebie i pokory. Pewności siebie nie rozumianej jako zadufanie ani pokory nie rozumianej jako wycofanie. Jeśli którekogolwiek z tych czynników zaczyna brakować (a zdarza mi się przeginać w obie strony), to harmonia mojego życia się załamuje. Dlatego trzymam się tej zasady i wiem, że ma sens.

Ostatnio ktoś zapytał mnie: kogo nienawidzę najbardziej. Dziwne pytanie, bo stopniowanie tego słowa już samo w sobie wydaje mi się groźne. Ja nie nienawidzę nikogo z bardzo prostej przyczyny, którą chce wam wyjaśnić, bo może komuś taka wiedza się przyda 😉

 

Po pierwsze nienawiść wydaje mi się bardzo silnym uczuciem, takim krok od miłości. Żebym kogoś nienawidziła, muszę mieć wobec niego bardzo silne uczucie. Mam to szczęście, że nikt z bliskich mi osób nie skrzywdził mnie tak, bym musiała azymut tego uczucia odwracać i gorzknieć na myśl o tym kimś. Choć zabrzmi to brutalnie dla części z Was, ja po prostu mam neutralny stosunek do większości osób, które mnie otaczają.

Oszczędzam miłość, zresztą nie umiem chyba inaczej. Neutralny, jak samo to słowo wskazuje, nie znaczy zły, negatywny. Mam wrażenie, ze jeśli dziś nie ma się – w większości przypadków fałszywej zresztą – postawy „kocham wszystkich”, to żyje się z piętnem osoby nieczułej, nieempatycznej. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że empatii mam aż nadto, ale nie oznacza to, ze żyję życiem innych ludzi, analizuję je, zaglądam do niego, przykładam miarę cudzą do swojej. Interesuje mnie życie niewielu osób w moim otoczeniu, a żeby im dać z siebie to co mam najlepsze, skupiam się głównie…. na sobie.

 

Ok, widzę to oburzenie niektórych z was. I politowanie innych. I tu mamy poważny problem, bo w szkołach nikt nie uczy, jak ważne jest poczucie własnej wartości i dbanie o siebie w pierwszej kolejności. Jakiś czas temu podobne wartości głosili propagatorzy Biblii Szatana, ale chyba nie muszę tłumaczyć, jakie były konotacje tych osób i jak odbierane są ich słowa. Później zabrały się za to celebrytki i celebryci bawiący się w coachów i mówiący sporo o miłości do samych siebie. Z jednej strony to dobrze, z drugiej – nie ma gruntu w społeczeństwie (nie tylko polskim!!!) na który mogłyby paść te słowa, dając dobre owoce.

 

Sporo mówi się o próżnym pokoleniu, o dzieciach instagrama, dla których liczy się ilość lajków na insta. Te dzieci – małe i duże – nie są wcale zakochane w sobie. Są bardzo zagubione. Ich próżność jest powierzchowna, płytka i zbudowana na kompleksach. Nie ma niczego złego w robieniu selfie, publikowaniu go i oglądaniu dwieście razy (tak właśnie robię ja :), to JEST PRÓŻNOŚĆ. Ale ta próżność jest dobra i potrzebna. Za to drżenie o to, czy lajków będzie 20 czy 200, czy spadają, czy rosną mi zasięgi, czy moim followersom podobam się, czy też nie, jest zaprzeczeniem powodu, dla którego ta autolaurka ląduje na Instagramie. Czy aby nie wrzuciłam tego zdjęcia, bo MNIE się ono podoba? Czy to nie wystarczy?

 

Mylnie uznajemy więc to pokolenie za „nazbyt pewne siebie”. NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO, jak nadmiar pewności siebie. Ktoś kiedyś powiedział mi, ze moja pewność siebie jest dla niego irytująca. To wlasnie jest barometr postaw społecznych, wyznacznik tego, z czym mamy największy problem. Pokolenie narcyzów? Owszem, ale wiemy wszyscy, jak narcyz skończył. Pewność siebie i zainteresowanie przede wszystkim sobą to najlepsze, co może zabijać nienawiść, która skądinąd w większości przypadków nie jest prawdziwa nienawiścią a zwyczajnym brakiem. Tępym, głuchym i pustym.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here