Netflix zaskoczył. Proponuje dokument, po którym możesz poczuć się winny

0
„Odwal się od kotów. Polowanie na internetowego mordercę” – takim tytułem kusi nowa produkcja Netflixa. Ani zwiastun, ani plakat – nic nie zapowiada obrazu, który w najdosadniejszy chyba jak do tej pory sposób unaocznia, że #twójklikmaznaczenie. Na wagę życia i śmierci.

(Nie) anonimowy sadysta 

Produkcja Marka Lewisa, który na koncie ma m.in. Nagrodę Brytyjskiej Akademii Filmowej, zaczyna się trzęsieniem ziemi. A przynajmniej czymś, co wydaje się takowym. Na ekranie widzimy mężczyznę w okrutny sposób znęcającego się nad kotami. Nie trzeba być „kociarzem”, żeby poczuć się co najmniej „dotkniętym”. Tak też stało się w przypadku Deanne i Johnna – internautów, którzy zostali liderami facebookowej grupy próbującej namierzyć sprawcę.

I tu zaczyna się „zabawa”, bowiem „dowcipniś” chce uczestniczyć w chorej grze rodem z kultowego „Catch me if you can”. Luka Magnotta w swoim niebezpiecznym umyśle uknuł scenariusz chorego filmu, który realizował w rzeczywistości. Twórcy netflixowego dokumentu rzecz jasna nie zdecydowali się na pokazanie tych najdrastyczniejszych nagrań, których autorem był Magnotta. Fragmenty jego zarejestrowanych czynów wystarczyły jednak, by wywołać wśród widzów niemałe poruszenie.

 

Netflix, jesteście draniami. Dlaczego nie uprzedzacie, że film zawiera tak chore sceny? – piszą internauci.

Jednak nie tylko drastyczne kadry budzą w „Odwal się od kotów” ogromne emocje.

„Może pora wyłączyć urządzenia?”

Równolegle z Magnottą, głównymi bohaterami filmu są wspomnieni Deanne i John. Ich zachowanie, motywowane znalezieniem zabójcy najpierw kotów, a później człowieka, budzi wątpliwości. Co ciekawe, także wśród nich samych. Czy obsesyjne zainteresowanie każdym krokiem psychopaty nie „nakręciło” jego zachowania? Czy to, że doczekał się upragnionego rozgłosu nie jest przypadkiem realizacją jego celu? I w końcu – czy działająca jak afrodyzjak sława rosnąca z każdym nagraniem umieszczanym w sieci nie doprowadziła go do zamordowania człowieka?

 

Te i inne pytania zadają sobie sami zainteresowani. Nic dziwnego: widz po seansie zastanawia się, w którym momencie śledzący Lukę obrońcy zwierząt sami stali się łowcami. Analizujący poszczególne ulice świata (!) w Google Maps, tworzący dziesiątki tysięcy stopklatek z jego nagrań wideo, szukający w sklepach w całym kraju odkurzacza, którym posługiwał się Magnotta członkowie grupy wykazali się prawdziwą obsesją na punkcie seryjnego mordercy. Tym samym budując jego „legendę”. Kluczowe dla filmu są słowa Deanne padające w filmie, w których kobieta kieruje wzrok na kamerę i… sugeruje, że również ty, drogi widzu, jesteś współwinnym.

#twójklikmaznaczenie

Mówiłam o tym wielokrotnie, w zasadzie powtarzam przy każdej okazji, gdy widzę chore i niebezpieczne zainteresowanie patostreamerami, patoinfluencerami i youtuberami, których „fejm” rośnie dzięki negatywnym treściom: klikasz = wspierasz. To naprawdę jest tak proste. Przypadek Luki Magnotty i całego wytworzonego wokół niego środowiska – nieakceptującej rzeczywistości matki, zagubionych śledczych czy przyglądających się poczynaniom mężczyzny internautów pokazuje, że rola internetu wciąż nie jest doceniana.

To, co wydarzyło się „po drugiej stronie ekranu”, wydarzyło się naprawdę. Ale nie tylko to. Ktoś NAPRAWDĘ chciał to oglądać online, NAPRAWDĘ zainteresował się sprawcą i NAPRAWDĘ zlekceważył dowody, bo… pochodziły z internetu. Zbrodnia, niestety, wydarzyła się w „realu”. Czy doszłoby do niej gdyby nie zainteresowanie internautów po publikacji filmu z maltretowanymi kotami?  Ale czy można było to zlekceważyć?


Luka potrzebował atencji ze strony ludzi, opierał swoje poczucie wartości na tym, jak wiele osób zwraca na niego uwagę
– mówi mi psycholog Anna Bajus.

 

(…) Bez różnicy, czy byli to internauci, czy dziennikarze, rolą społeczeństwa jest ochrona bezpieczeństwa, a przede wszystkim życia innych. Dopuszczając się mordowania kotków, bardzo prawdopodobne było posunięcie się dalej, przekroczenie kolejnej granicy. Czy Luka „karmił się” atencją internautów? Oczywiście. Jednak nie można wskazać ich winnymi. Luka dopuściłby się tych wszystkich czynów niezależenie od tego, czy dana grupa internetowa by powstała i go poszukiwała, czy też nie. Znalazłby po prostu inną formę przekazu – dodaje Bajus.

Po obejrzeniu tego wstrząsającego i – skądinąd świetnie zrealizowanego – filmu sama czuję się „brudna”. Fascynacja seryjnymi zabójcami, ich motywacjami, losami i ofiarami to nic nowego. W dobie internetu i „real life transmission” to jednak coś więcej niż tylko dziwne „hobby”. Od czasów Charlesa Mansona niczego się w tej kwestii nie nauczyliśmy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here