Nowej Chylińskiej nie da się słuchać. Czyli jest dokładnie tak, jak powinno być

3
„Pink Punk” pojawiła się w sprzedaży w piątek i internet się zagotował. „Wyłączyłam w połowie”, „Tego nie da się dosłuchać do końca”, „Słabe, infantylne teksty” – tego rodzaju komentarze mnożą się w sieci i są jedynie dowodem na to, że cel został osiągnięty. Agnieszka zrobiła punkową płytę. 

Dla tych, którym punk kojarzy się z ramoneską z sieciówki, punk jest jak ciało obce w przełyku – uwiera, kłuje i może doprowadzić do wymiotów. Muzyka punkowa zrodziła się na długo przed Avril Lavigne i jej eyelinerem i choć wiem, że młodzi mają prawo nie znać Sex Pistols czy Ramones, warto, żeby im się chociaż te zespoły z czymś kojarzyły.

 

 

Punk rock – żeby nie przynudzać i rozwlekać wątku encyklopedycznego – charakteryzują dwie podstawowe cechy – bunt i „nieskomplikowana harmonia”, czyli mówiąc wprost – bajzel i kakofonia. Jak mniemam z tytułu płyty oraz wizerunku, którym wybornie bawi się swoją drogą Agnieszka, jej nowe wydawnictwo miało być punkowe, a przynajmniej z punkiem flirtować. I dokładnie tak jest, czy to się komuś podoba, czy nie. A większości, jak można było się domyślać, póki co, nie.

 

Płytę promuje singiel „Mam zły dzień”, który oczywiście błīskawicznie poddany został „jedynej słusznej” interpretacji: Agnieszka śpiewa o problemach w małżeństwie, kłopotach życia codziennego, trudach macierzyństwa no i generalnie o zbliżającej się menopauzie. Świetnie, brawo Geniusze, piątka z plusem, uważało się na polaku. „Mam zły dzień” operuje zabiegiem, który ja domorośle nazywam odintelektualizowaniem i na który może pozwolić sobie tylko taka postać jak Chylińska.

Jestem głupia, stoję tutaj, patrzę w lustro, znowu pusto. Zgolę włosy, mam z życiem kosę – ten wers budzi skrajne emocje i powoduje, że fani Chylińskiej zwariowali. I ja też, bo – doprawdy – nie wiem, czemu w Polsce mamy taki problem z prostymi tekstami, które w swojej prostocie mają całkiem sporo sensu. Podobnie było z resztą przy okazji utworu „Grube Koleżanki” Guovy, gdzie wers: Moje koleżanki mnie nie lubią i są grube interpretowano w tak boleśnie dosłowny sposób, że aż oskarżono dziewczynę o fat shaming…

Punk po polsku

W „Mam zły dzień” widzę synekdochę, widzę metaforę, ale przede wszystkim – maksymalnie nieskomplikowaną kompozycję. Mój jedyny problem i zarzut leży w tym, jak ten punk u Agi brzmi, a brzmi – dla mnie niestety – „polandowo”, a nie brytyjsko. Jeśli jednak Agnieszka tak chciała, to przecież w woli i sumieniu artysty leży jego definicja.

 

 

Jeśli już jestem przy krytykowaniu polskiego odbiorcy, co oczywiście stanowi uproszczenie z mojej strony – mamy duży problem z sytuacją, w której artysta każdą płytę traktuje nie jako osobny rozdział, a bardziej jako osobną książkę. Płynne poruszanie się między gatunkami, które – jeśli robione w umiejętny sposób – powinno być przecież zaletą artysty, często powoduje, że słuchacz traci rezon i gubi orientację.

Poprzednia płyta Agnieszki – „Forever Child” – to moja ulubiona jej „książka”: mroczna, rave’owa, ciężka i seksowna jednocześnie. Lubię taką Agnieszkę. Punkową Agę lubię chyba trochę mniej, co nie zmienia faktu, że znalazłam dwóch faworytów na tej płycie i mimo że nie będę wałkować ich tak samo jak „Forever Child”, to chciałabym uzasadnić Wam swój wybór.

„Haj i sztos”
to drugi pod względem „singlowości” numer i drugi w kolejności na płycie. Jest nieskomplikowany i lekki, ma chwytliwy prosty tekst i brzmi punkowo, choć znowu – polsko-punkowo. Ale raz na jakiś czas odpalę na pewno. Bo lubię mieć haj i lubię mieć sztos. I lubię, kiedy pierwszoosobowy podmiot liryczny bawi się ze mną i taką formą przemyca historię być może wcale nie o sobie…
Mój drugi faworyt to „Oj!” zdaje się niedoceniany przez odbiorców, bo póki co nie widziałam, by ktoś szczególnie go wyróżnił. Przypomina mi bardzo „Forever Child” i zdecydowanie wyłamuje się z całości. Taką Agnieszkę lubię i na taką liczę w przyszłości.
Nie ukrywam, że z resztą płyty póki co trudno jest mi się zaprzyjaźnić, ale szanuję Agę za konsekwencję w byciu niekonsekwentną. Bo kiedy już wydaje Wam się, że Chylińska obrała ścieżkę, którą będzie szła dłuższą chwilę, ta wyrywa Wam bezczelnie to przekonanie z głów i serwuje swoją herbatkę. Na tej nie posiedzę za długo, ale z niecierpliwością czekam na kolejne. Bo Aga dopiero się rozkręca.

 

Ach, no i jest oczywiście, niezmiennie i niepodważalnie, Agnieszka Chylińska jest najlepszą polską wokalistką rockową. A te, jak wiadomo, nikomu nie muszą się podobać 🙂

3 KOMENTARZE

  1. Lubię Chyliñską, lubie jej płytę forever child ale tak jak modern rockin tak pink punk to bullshit. Pink punk to składanka różnych niepasujących do siebie stylistycznie utworów, gdzie muzyka przypomina grę kapel z akademi szkolnej czy amatorskich z początków grania, brzmi to też płyta jakby nagrana na próbie. Zero pomysłowych patentów, teksty jak mogą być słabe teksty dziewczyny co pierwszy raz przyszła na próbę zespołu… No ogólnie uszy bolą. Ale jeśli tak miało być to punk dla młodzieży gimnazjalnej teraz podstawówkowej jej wyszedł. Odtworzyła ten klimat idealnie. Ale stary słuchacz Chylińskiej wymaga czegoś więcej. Progresu jakiegoś, rozwoju. Dobrzy artyści mają to do siebie, że szukają czegoś nowego i świeżego co można powiedzieć o forever child. Problemem Chylińskiej zawsze był brak swojego własnego gustu muzycznego, czy w O.N.A. czy teraz. Na prawdę powinna przestać odcinać kupony i robić szum w mediach. Wyszło by to jej na dobre. A tak cóż, płytę kupią dzieci co lubią różowy kolor i myślą że tak punk wyglądał oraz starzy fani z ciekawości dla sentymentu. Ale to chyba nie o to chodzi?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here