Nowe Foo Fighters – wiosenne wagary w środku zimy

0
Czekaliście na tę płytę tak jak czekacie na wszystkie wiosenne wagary,letnie festiwale i jesienne koncerty.

Przyzwoici rzemieślnicy

Po Foo Fighters raczej nie można się spodziewać złego produktu. Nawet słowo „produkt” jakoś mi tu nie leży, bo ten turbozdolny wariat Dave Grohl zawsze będzie kojarzył mi się już z parą zdartych conversów i flanelową koszulą, dla którego pojęcia takie jak sceniczna prezencja czy wymyślanie kolejnych alter ego nigdy nie były priorytetem.
Jeśli przyjrzeć się dotychczasowym albumom tego zespołu, to w zasadzie do niewielu rzeczy można się przyczepić. Nawet bym nie śmiała, bo mówimy o świetnych rzemieślnikach swojego fachu. Porządnie zagrane dobre kompozycje, produkcja na wysokim poziomie. „Medicine at Midnight” różni się nieco od poprzednich płyt, czerpie z poprzednich dekad, ale jednocześnie już po pierwszych dźwiękach wiesz, że to FF. Po tym rozpoznaje się solidną kapelę.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Foo Fighters (@foofighters)

Bezpieczny rock’n’roll?

Poza singlowym „Shame, shame” moją uwagę przykuł hitowy „Cloudspotter” , który – jeśli tylko rzeczywistość nam na to pozwoli – będzie murowanym szlagierem na koncertach. Mega prosty numer z chwytliwym refrenem to to, czego tego lata na pewno będziemy potrzebować. Najbardziej „fightersowym” książkowym wręcz numerem na płycie jest z kolei „Waiting on a War”, który potwierdza tylko, że ulubiony zespół rockowy dzisiejszych 40-latków ma swój opanowany do perfekcji styl i nawet próby romansu z innymi brzmieniami nie są w stanie go zatrzeć. Słuchając go ma się wrażenie, że „już się to słyszało na ostatniej płycie”, „w sumie też na wcześniejszej” i… w ogóle to czy to jest na pewno nowy utwór?

 

Na uwagę zasługuje na pewno fantastyczna wokalna kondycja Grohla, choć tu również nie spodziewałam się zawodu. Zawód mógł się pojawić jeśli oczekiwaliście, że nowy album Foo Fighters będzie w jakimkolwiek stopniu przełomowy.

 

Często najbardziej wyczekiwanym numerem na płycie jest ten tytułowy. „Medicine at Midnight”, podobnie jak „Love Dies Young”, sięga po taneczne zwroty akcji, choć raczej są to dosyć bezpieczne zabiegi. A jak w rock’n’rollu jest bezpiecznie, to zazwyczaj  – nudno. Jako kobieta 30 plus stwierdzam jednak, że w dobrym towarzystwie można się wyśmienici nudzić. Z Panami to ja się ponudzę bardzo chętnie.

 

Najważniejsze jednak w działalności Foo Fighters od zawsze były nie albumy, a koncerty. Potraktujcie „Medicine at Midnight” jako idealne przygotowanie do ich totalnie energetycznych live shows, które – głęboko w to wierzę – czekają za pasem. A póki co idźcie z tą płytą na wagary od codzienności, koniecznie w kraciastej koszuli flanelowej 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here