Nergal: „Być może ja i Biblia jesteśmy na siebie skazani”. Relacja z przedpremierowego odsłuchu nowej płyty Behemoth

1

Zdaję sobie sprawę z tego, ze status gwiazdy w naszym kraju zyskuje się niekoniecznie określonym talentem, a spotkania autorskie kojarzą się bardziej z zakurzonym poetą z tłustą grzywką siedzącym w piwnicy z pięcioma fanami swojego tomiku wydanego w innej piwnicy. Na szczęście jest Behemoth – nasz „towar” eksportowy ( co w przypadku Nergala zyskuje podobno nowego wymiaru 😉 i Panowie zorganizowali miłe spotkanie przy świecach dla znajomych i fanów. A ze ja tam byłam, miód i Ballantinesa piłam, to Wam opowiem coś o „I Loved You At Your Darkest”.

Zacznę od końca, bo tuż po zakończeniu spotkania Adam powiedział mi: „Daj sobie czas, niech ten album się ułoży”. Tak, Nergal, znamy te zasadę, ale ja już muszę, muszę, bo się uduszę.

„I Loved You At Your Darkest” uważam za najbardziej progresywny w dorobku zespołu, który to – jak sami Panowie przyznają – gra muzykę skrajną i ekstremalną. Nie wiem, ile w tym zasługi obróbki produkcyjnej, a ile dojrzałości samych Behemothów, ale wiele wskazuje na to, że może to być po prostu najlepszy album zespołu. Nie, żeby „Demigod”, „Evangelion” czy „The Satanist” nie zasłużyły na swój splendor, ale Behemoth zawsze był dla mnie zbyt toporny. Wywodzę się muzycznie z raczej ciężkiego grania (dość powiedzieć, ze wychowałam się na płycie „Iowa” Slipknot). Ale Behemoth nigdy nie był moją bajką. Pierwsze dźwięki „I Loved You At Your Darkest” prowadzą mnie jednak dokładnie tam, gdzie chciałam być zaprowadzona, czyli w mroczne i niebezpieczne rewiry kreatywności Nergala i spółki. Oczywiście jest bardzo biblijnie i przedwiecznie, ale lubię to w twórczości Behemotha. Historyczna zajawka Nergala może i bywa momentami nachalna, ale z pewnością nie mogą równać się z nią „poganizujące” teksty niektórych death metalowych kapel z kilku półek niżej. Nergal potrafi zgrabnie wpleść metaforykę biblijną, a właściwie utkać z niej cały obraz, tym razem na miarę Caravaggia.

„Być może ja i Biblia jesteśmy na siebie skazani” – mówił podczas spotkania Adam.

Jest też, co porusza moje serce, nieco bardziej „rock’n’rollowo” niż kiedykolwiek wcześniej. I nie, Orion nagle nie zaczął być Slashem 😉 Co zatem mam na myśli?

Zacznijmy od zabiegu, na który zdecydował się zespół przy „Solve” – utworze otwierającym płytę. Dziecięcy chór to żadne novum w świecie rocka, ale rzadkość wśród kapel ekstremalnych. Świetnie, ze Behemoth zdecydował się na ten krok.

 „God=Dog” musiał podchodzić do mnie (a ja do niego) kilka razy. Nie ukrywam, że teledysk trochę mnie zawiódł – samo wiszenie na krzyżu i odtwarzanie scen biblijnych to już za mało dla mnie, ale tu uśmiecham się do Nergala – mam w szufladzie całe tony prawdziwie mrocznych scenariuszy teledysków, także Stary, dawaj znać 🙂 Jednakowoż z czasem progresywny charakter utworu i jego wielopłaszczyznowa konstrukcja zarówno w warstwie brzmieniowej jak i lirycznej trafiły do mnie i chyba nawet dorzucę go do swojej tymczasowej playlisty 🙂 Podobnie z resztą sytuacja ma się w „Angelvs XIII” – lubię sekcję rytmiczną w tym numerze, a gitara jest rodem wyjęta z dobrego, hardrockowego grania.

„Ecclesia Diabolica Catholica” to fantastyczny kontynuator „God = Dog” z – tak, pisze to – rockowym, LEKKIM riffem, który przypadnie do gustu nawet tym, którzy na co dzień nie poświęcają uwagi metalowi. Panowie faktycznie poszerzają horyzonty – sobie i innym.

Na szczególną uwagę zasługują dwa aspekty, które chciałabym podkreślić. Pierwszy to chirurgiczna gra Inferno, który moim zdaniem pozostaje jednym z bardziej niedocenianych (nadal) perkusistów świata. Druga to warstwa produkcyjna – wiem, jaka wagę Panowie przywiązują do masteringu i słychać to na płycie. Naprawdę nie ma niczego gorszego dla metalowego zespołu niż słaba osoba za konsolą.

Podczas piątkowego spotkania autorskiego Adam podkreślił, ze zależało im, by ich muzyka sięgała dalej i wychodziła poza hermetyczne grono fanów. Stad pomysł na rzeźby i obrazy, które towarzyszą wydawnictwu i które będzie można oglądać na żywo podczas wystaw (najbliższa już za kilka tygodni w Warszawie). Darski, pół żartem pół serio mówił:

 

„Nasza muzyka jest ekstremalna, ale moze Wasze matki, oglądając te obrazy, powiedzą: wow, to mi się podoba. I tak chcemy poszerzać naszą twórczość”.

Brawa za to. Koncepcyjne albumy nie są niczym nowym na świecie i choć wymagają ogromnego nakładu czasu, siły i pieniędzy, nadal warto je robić.

Same okoliczności przedpremierowego odsłuchu nie były idealne (Chłopaki, wybaczcie, odzywa się moja wewnętrzna audiofilka), dlatego ja, jako szczęśliwa posiadaczka swojego świeżutkiego egzemplarza, wspomóc mogłam się dodatkowym odsłuchem w garażu w samochodzie (tak właśnie dzieje się, gdy nie działa Ci sprzęt w domu). Musicie przyznać, ze słuchanie Behemotha w ciemnym garażu w środku nocy to prawdziwy oldskul… 🙂

W dzień odsłuchu nowego albumu spotkałam się z Nergalem w moim programie. Efekty już wkrótce. Warto czekać.

 

 

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here