Joaquin Phoenix walczy nie tylko o krowy. „Joker” to alarm dla społeczeństwa

0

92. ceremonia oscarowa za nami. „Joker” nie został filmem roku, ale ten obraz ma coś dużo ważniejszego do zapisania na kartach historii.

Wszyscy jesteśmy krytykami

Z pewnym rozbawieniem dzień przed i dzień po Oscarach obserwuję, jak mieszkańcy planety Internet pompują w sobie krytyków filmowo – modowych. Jest w tym zachowana  tendencja, którą osobiście nazywam „sprzyjaniem sprzyjającym”. Chodzi w niej m.in. o to, by swoją opinią na temat danej kreacji filmowej bądź odzieżowej (równie ważnej co filmy przecież) wpisać się w panujący w danym momencie trend. Tą oto metodą wszyscy kochają „minimalistyczne formy”, „antyestablishmentowe wizje” i „nieoczywiste wybory”. Ruch ten trwa mniej więcej tyle, ile o Oscarach się mówi, bo potem to już wszystkim wszystko jedno, a i ten „Titanic” na spotkaniu z koleżankami nie jest taki zły, ani ta „slutty” kreacja Emily Ratajkowski, która na czas instagramowych wynurzeń amatorek mody musiała ustąpić miejsca „minimalistycznej Renee Zellweger”. Nie wiedzieć czemu nagle wszyscy mamy identyczny gust, czego nie widać na co dzień, ale w czym ochoczo zgodzimy się w mediach społecznościowych.

Nie znam się

Zazwyczaj filmów oscarowych nie rozumiem, nie ukrywam tego, nie mam kompleksu, nie czuję się głupia z tego powodu, nie myślę o sobie z zażenowaniem, nie zmuszam się na siłę do przebrnięcia przez wszystkie propozycje Akademii. Nie jestem też jednak wielką fanką wielkiego kina i być może szukam w nim czegoś innego niż ci, którzy o wielkich nagrodach decydują. Za ten film trzymałam jednak kciuki wyjątkowo mocno, bo coś kazało mi wierzyć, że jest przełomowy. Nie wiem, czy „fantastyczne zdjęcia”, czy „szalona gra aktorska”, a może „nieprzeciętne kostiumy i scenografia”. Nie znam się na tym. To coś, co przykleiło ten film do mojego serca i umysłu to temat, który jest bardzo mi bliski, który w kinie warto moim zdaniem podejmować, dla którego, jak sądzę, warto wyjść z sali kinowej wstrząśniętym. Tak, jest to film amerykański. Z amerykańskim, hollywoodzkim gwiazdorem w roli głównej. Nie, nie czuję się z tym źle.

Joaquin Phoenix sprawia, że można myśleć o nim jak o szaleńcu, odklejonym gwiazdorze, który ma już taką pozycję zawodową, że mówienie o płaczących krowach na gali stanowiącej centralę światowego konsumpcjonizmu można puścić mu płazem. Z drugiej strony można też mieć wrażenie, że to wszystko, czym Joaquin Phoenix wydaje się być poza ekranem jest równie dobrze wykreowaną rolą jak to, co robi na nim. I prywatnie jest po prostu zwykłym kolesiem w trampkach, który lubi bawić się swoim talentem poza planem zdjęciowym i sprawdzać, jak daleko aktor może przesuwać granice. Tak czy siak po seansie „Jokera” z kina wyszłam z rzadkim poczuciem lęku i świadomością, że oto rzeczywistość zatarła mi się z fikcją i za to temu szaleńcowi o nieprawdopodobnie niebezpiecznym spojrzeniu należy się moje uznanie.

„Joker”, materiały prasowe

Ostrzeżenie

Zdrowie psychiczne to obok kryzysu klimatycznego jeden z ważniejszych problemów współczesnego świata. I tak jak pożary w Australii są swoistym ostrzeżeniem dla świata, tak ta rola przestrzega nas przed nami samymi. Arthur Fleck został przez Phoenixa namalowany tak, że trudno nie uświadomić sobie, jak wielu „jokerów” jest wokół nas i jak bardzo groteskowi jesteśmy my sami śmiejąc się podczas seansu ze scen, które powinny nas raczej martwić. I jak często na co dzień oddalamy się od własnego „ja” by zaspokoić oczekiwania rzeczywistości, by dobrze wypaść w oczach równie dramatycznie zagubionych klaunów. Jak wymyślamy sobie scenariusze własnych życiowych ścieżek, bo społeczeństwo stało się globalną wyszukiwarką, a my nie chcemy wypaść z karuzeli ludzkiego Gugla.

Nie wiem, czy w „Jokerze” zadziało się coś dla kinematografii przełomowego. Nie widziałam ani „Parasite” ani „Bożego Ciała”, więc wykluczam się z dyskusji o tym, kto na Oscara zasłużył, a kto nie. Wystarczająco wielu influencerów, ba, nawet dziennikarzy, którzy otwarcie przyznają, że „filmu jeszcze nie widzieli, ale gratulują i to wielki sukces, że koreańska pozycja wygrała” wypowiada się w sieci na ten temat byleby hasztag „oscars” zrobił im ruch. Dla mnie najbardziej ceniona nagroda świata wręczona dziś odtwórcy roli „Jokera” to symbol. Obyśmy go nie przeoczyli.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

And Oscar goes to… Joaquin Phoenix! . DON’T SPOIL! . Hey guys, be sure to watch the Joker movie this weekend, because this is the new beginning of the Cinematic Universe DC, which gives us its signature, gloomy tone and storytelling. I already looked, and it was awesome. The whole movie I sat trying not to blink my eyes so as not to lose the details, etc. My opinion in three words: cruel, believable and shocking. I am the man who rarely cries in films. But one scene made me cry. You yourself will understand this when you see this scene. The film goes beyond art and brings us to reality. Joaquin Phoenix is ​​simply incomparable. He must receive an Academy Award for Best Actor. I set myself 8/10, why? You will find out on Monday. But the role of Joaquin Phoenix is ​​gorgeous, I believe and feel all the pain and hatred of the Joker. . . . #jokermovie #joker #dccomics #dceu #dc #fanart #ellejart #oscar2020 #joaquinphoenix #review

Post udostępniony przez Nikolay Mochkin (@ellejart)

Aha i jeszcze jedno. Lubię jeść w kinie popcorn, nie znoszę filmów Pawlikowskiego i podobała mi się „absolutnie nie minimalistyczna” kreacja Billie Eilish na czerwonym dywanie. I nie będę za to przepraszać.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here