Hologram Dio jedzie w trasę po Ameryce… Chore szaleństwo czy najwyższy stopień docenienia idola?

0

Nie musiałam długo zastanawiać się nad tym, jaka jest moja opinia w tym temacie, bo wyrobiłam ją sobie na długo zanim ogłoszono trasę „Dio Returns”. A Ty wybrałbyś się na koncert nieżyjącego artysty?

 

Uczciwie (?) zarobione pieniądze

We wtorek serwis Loudwire ogłosił, że oto fani legendarnego Ronniego Jamesa Dio mogą oczekiwać „powrotu” artysty. Po sukcesie europejskiej wersji trasy koncertowej z wykorzystaniem hologramu, postanowiono zrobić to samo w USA. Jeszcze jakiś czas temu „powrót” należałoby uznać za trudny biorąc pod uwagę, że legendarny wokalista nie żyje od 9 lat. Nie ma jednak rzeczy niemożliwych dla branży, która – jak się okazuje – jest w stanie zarobić nawet na trupie.

Oczywiście temat ma wiele wątków i nie można ich nie zauważyć. Po pierwsze zespół muzyków, którzy za życia wokalisty towarzyszyli mu na scenie, dzięki „wskrzeszeniu” kolegi znowu zarabia na słynnym nazwisku. Podobnie zresztą rodzina, która nie ma problemu z takim stanem rzeczy. Być może i sam Ronnie za życia wyraził zgodę na ewentualne wzięcie pod rozwagę trasy koncertowej ze swoim hologramem, jednak wyrażając ją jednocześnie musiał mieć świadomość, że pomysł nie tylko zostanie pod uwagę wzięty, ale i zrealizowany.

Biznes musi się kręcić

 

„90-minutowy koncert będzie zawierał największe przeboje artysty, takie jak „Holy Diver” czy „King of Rock’n’Roll”. Fani w tym czasie będą mogli podziwiać hologram Dio przedstawiający go zarówno z czasów, gdy grał w Black Sabbath jak i z okresu solowej kariery” – czytamy na stronie Billboardu.

Padają oczywiście słowa o „celebracji ikony”, „dawaniu szczęścia fanom” i „przypominaniu legendy”. I trudno się z tym wszystkim nie zgodzić. Ale trzeba być ślepym, by nie widzieć, że to przecież coś więcej niż podtrzymywanie pamięci o artyście. To nawet więcej, niż zarabianie na od dawna nieżyjącym muzyku.

 

Jestem dosyć staroświecką osobą (nie mylić z konserwatywną tradycjonalistką). Cenię sobie żywy kontakt z muzyką. Każdy koncert jest wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju wydarzeniem sterowanym emocjami i spontanicznością nawet mimo najbardziej wyreżyserowanego przebiegu show. „Występ” hologramu ma się nijak do takiego widowiska. Co więcej – artysta przecież zmienia się, ewoluuje – czy Dio żyjący chciałby dziś wykonywać te utwory? Czy chciałby stać z tymi ludźmi na scenie? Czy w ogóle przejmujemy się jeszcze takimi kwestiami, czy działa zasada „umarł król, niech żyje król” w nowym znaczeniu?

Zmierzch koncertów na żywo?

We mnie samej nie ma najmniejszej potrzeby wybierania tego typu widowisk.  Nie na zasadzie buntu, ale zwykłego nonsensu. Tym, co interesuje mnie na scenie w trakcie koncertu, jest jego żywa energia, aktualność i realne emocje muzyków.
Pamiętam ile emocji wzbudzał hologram Tupaca na Coachelli kilka lat temu. Jeden z dziennikarzy Billboardu napisał wtedy:

„Wiem, że pomysł ów zrodził się z miłości do Artysty, wiem, że Dr. Dre dostał błogosławieństwo od rodziny rapera. Wiem też, że to ukłon w stronę nowoczesnych technologii i jeśli są ludzie, którzy chcą płacić za takie show, nie ma z czym dyskutować. (…) Ale dlaczego mamy oglądać sztuczne wcielenie 2Paca, jeśli na wyciągniecie ręki mamy jego sztukę?”

Zostawiam Was z tym cytatem i pytaniem: Czy przyszłością muzyki na żywo jest…. uśmiercenie jej?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here