„Girl power”, czyli jedna wielka femiściema

0

Miało się zaczynać od sławnej okładki, dzięki której Ania Lewandowska nasłuchała się, jaką to beznadziejną, niemądrą żoną swojego męża jest, jak to nie wsparła kobiet, ta głupia i pusta, bogata dziewucha. Od kogo się nasłuchała? No, od kobiet właśnie! Z błyskawicami na profilówkach! Od gerlpałerówek. Od „sióstr”. Ale zacznie się od anegdoty z życia wziętej, bo ostatecznie okładka magazynu to kawałek papieru, a życie, to życie.

Ona nie pasuje jej do feedu

Byłam ostatnio świadkiem pewnej sytuacji (tu już należy zrobić przerywnik i uznać za atrakcyjny fakt, iż jakiejkolwiek sytuacji mogłam być świadkiem w czasach, w których raczej świadkujemy wydarzeniom zacisza domowego). Scenka mogłaby być dobrym podsumowaniem kilku moich relacji z różnymi kobietami. W pigułce.

Dwie dziewczyny w parku, zajęte rozmową, można by uznać, że przyjaciółki, gdyby temu spotkaniu wyłączyć audio.

– Zróbmy sobie selfie, stara!

– Dobra, ale ja robię. Ty nie potrafisz. Popatrz na swój profil.

(Krótka sesja zdjęciowa, podczas której jedna siliła się by wyglądać lepiej od drugiej – bo że o pamiątkę ze wspólnego popołudnia chodziło, nawet nie śmiem podejrzewać).

– Wiesz co, ja tego nie wrzucam. Sorry. Nie pasuje mi do feedu (jak mojego kota kocham, to zdanie, które stało się dla mnie żartem „na każdą okazję”, padło naprawdę. „Nie pasuje jej do feedu”).

Ta druga, mniej obeznana w budowaniu atrakcyjności mediów społecznościowych dziewczyna, nie pasująca do feedu, choć robiła dobrą minę do złej gry, mówiąc:

– Hehe, jasne, wyglądamy jak kaszaloty (oczywiście słownictwo było inne, ale na potrzeby tego tekstu postanowiłam – na chwilę – zrezygnować z rynsztokowego języka)-

raczej nie sprawiała wrażenia rozumiejącej argument drugiej. Właściwie to wydaje mi się, że ona po prostu chciała mieć zdjęcie z koleżanką. Nie pykło.

Jeśli po tych kilku zdaniach wstępu spodziewacie się, że uderzę w banał pod tytułem: „wszystkie jesteście piękne i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej”, to nie,nie,nie. Chciałam zatrzymać Waszą uwagę na absolutnym braku empatii jednej z dziewczyn.

Smutny frazes

Samo hasło „girl power” wydawało mi się infantylne odkąd pamiętam. Co to znaczy? Że girl to power, a boy, to co? Tylko pała? (no sorry, jednak trochę wulgarnie być musiało, trochę przaśnie też, jestem córką swego ojca). „Girl power” jest wszędzie: na t-shirtach, w piosenkach, na instagramach. Hasło pozbawione wartości i mocy. Sankcjonowane przez wymyślone „królestwo kobiet”. Niestety, każda chce tu być Królową Kier.

Pewnie wiele i wielu z Was ma mnóstwo doświadczeń z „babami” –tak, baby istnieją, nagle przestało się używać tego słowa, bo nie jest poprawne politycznie mówić „baba” o babie. Ale baby są. Spotykam je na co dzień. W mojej branży? O, panie. Mnóstwo bab. Baba ma wiecznie za złe – najczęściej innej kobiecie. Sama nie wie co, ale ma. Baba jest sfrustrowana, zazdrosna, nieżyczliwa. Baba nie lubi – kobiet, mężczyzn, życia. Brzmi przesadnie? No c’mon. Ja znam baby i Ty też. Mam nadzieję, że sama nią nie jesteś, czytająca to osobo. A jeśli tak, to oto, co mam Ci do powiedzenia.

Spotykam Cię, babo, codziennie. Wiele lat temu, kiedy na studiach dorabiałam w nocnym sklepie, przyszłaś, babo, zwyzywałaś mnie od ku*ew, bo coś Ci się we mnie nie spodobało. Pewnie godzinę wcześniej był u mnie Twój mąż i cedził sprośne żarty, ale nie on jest winny, tylko ja, wiadomo. Później, babo, widywałam Cię często w różnych miejscach, szkołach, pracach. Widuję Cię, babo, do dzisiaj.

Widziałam Cię, babo, jak klepałaś o mnie komentarz na wirtualnych, że jestem wilanowską utrzymanką. Chociaż tu akurat podejrzewam, że byłaś chłopem, co to się jak baba zachował, czyli już w ogóle typ najgorszy. Ale baba to stan umysłu, więc na potrzeby tego tekstu, chłopie, będziesz babą.

Dzisiaj, babo, widziałam Twoje nowe zdjęcie na IG. W fajnej, takiej „fimejlowej” koszulce, bo siła jest kobietą itd. No, elegancko, naprawdę. Coś słaba ta siła, bo w tamtym tygodniu tak obrzydliwie obgadywałaś koleżankę – redaktorkę, że aż mnie korci, żeby Ci powiedzieć, żebyś spojrzała w lustro. I czym prędzej zdjęła ten t-shirt.

Zobacz, babo, co narobiłaś

Jakże powszechnym zjawiskiem stał się ostatnimi czasy zbiorowy lincz bab. Jesteś za aborcją – lincz bab, jesteś przeciw – lincz bab, bo baby są i zawsze były po obu stronach tak zwanej barykady. A już najlepiej jak można się uwiesić na jednej, konkretnej. Jaką bowiem potężną ironią losu jest fakt, że całe tabuny pań, dziewczyn, którym na sercu leży rzekomo los kobiet, nagle postanawiają wylać wszystkie swoje boleści na jedną. Kobietę, przypominam. Nie podoba Ci się okładka magazynu? Jasne, wyraź to. Lewandowska za mało wsparła Strajk Kobiet? Pewnie, powiedz to jej. Ale co, u licha, ma do rzeczy fakt, że ma bogatego męża? Że jest uprzywilejowana? Dlaczego Ty, droga babo, wypychasz ją na barykady, jeśli, prawdopodobnie, ona wcale nie chce na nich stać? Czy nie o tę właśnie (między innymi) wolność decydowania walczymy?

A i rozprawmy się jeszcze z tym, że „jak jesteś ładna i ci się w życiu udało, to tak już jest i się z tym pogódź, że nie będą cię lubić”. (Tak, swoją drogą często mówią same kobiety). Tzn, jak jest? Tzn, że gdyby mi się nie udało (hehe, udać się może ciasto swoją drogą) i byłabym brzydka (dla wielu i tak jestem i to normalne), to wtedy #safezone? Uff, mogę odetchnąć? Baby nie zaatakują? Skończcie powtarzać te brednie.

A teraz na poważnie: Mam serdecznie dość wszystkich tych kobiet, które mają buzie pełne frazesów, trąbią wszędzie o konieczności wzajemnego wspierania się, bycia siłą i jednością. Jak to mawia młodzież, I can’t. To Wy nierzadko powodujecie, że inne kobiety czują się źle. Myślicie wtedy o #girlpower, czy t-shirt w praniu? Potraficie być bezlitośnie okrutne. „Power” pojmujecie nie jako moc, a władzę i nadrzędność względem innych.  Niektórych swoich frustracji nawet nie potraficie ukryć. Bez żadnego zasadnego powodu potraficie być po prostu złe. Szczęśliwie treści w mediach społecznościowych zaczynają, bardzo powoli, ale jednak, być weryfikowane przez ich użytkowników. I to, że publikujecie post z #girlpower nie wystarczy, jeśli w codziennym życiu jesteście su*ami. Serio serio.

Gdybym już miała wskazywać na płeć, mnie w życiu najczęściej zawodziły właśnie kobiety. Jestem i zawsze byłam bardziej za #humanpower, choć w nasz gatunek to ja wierzę jak w swoje plany wakacyjne z początku 2020. Ale gdybyśmy wszyscy pamiętali, że jesteśmy ludźmi właśnie, a nie instagramowymi awatarami, to może coś z feminizmu byłoby w tym #girlpower. Bo póki co to jedna wielka, t-shirtowa ściema.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here